Wielkimi krokami zbliżamy się do końca roku 2025, a to oznacza tylko jedno – kolejną edycję Turnieju Czterech Skoczni. Nie sposób zapomnieć o dreszczyku emocji, który Kamil Stoch potrafił nam zapewnić szybując poza linię wyobraźni. Dzisiaj wspomnimy jeden z takich konkursów.

ZOBACZ TEŻ: KAMIL STOCH: PRZEŻYJMY TO JESZCZE RAZ – HISTORYCZNY WEEKEND (ENGELBERG 2013)
Sezon przed Oberstdorfem
Otwarcie sezonu miało miejsce na polskiej ziemi, a dokładniej na skoczni imienia Adama Małysza w Wiśle (HS 134). Co ciekawe, nasz kraj gościł wtedy inaugurację Pucharu Świata po raz pierwszy w historii. Drużyna w składzie: Piotr Żyła, Dawid Kubacki, Maciej Kot, Kamil Stoch zakończyla sobotnie zawody na 2. miejscu, niespodziewanie ex aequo z Austrią, ustępując jedynie Norwegom. W niedzielnym starciu Kamil Stoch wylądował na 2. miejscu, ze stratą 2,3 punktu do zwycięzcy, Junshiro Kobayashi. Ciekawym trafem w pierwszej dziesiątce zawitały bo aż dwa miejsca ex aequo. Na 7. pozycji znaleźli się dwaj Polacy – Piotr Żyła i Stefan Hula, a na 10. Dawid Kubacki i Niemiec Stephan Leyhe. Był to weekend, który podsycił głod kibiców na nowe sukcesy. W końcu Stoch był po nim na 2. miejscu w klasyfikacji generalnej.
Kolejnym przystankiem na mapie FIS była fińska skocznia Rukatunturi (HS142). Ponownie faktyczna rywalizacja rozpoczęła się od konkursu drużynowego, gdzie znów triumfatorami zostali Norwegowie. Podium dopełnili reprezentanci Niemiec i Japonii. Największą niespodzianką, nienależącą do tych przyjemnych, była dyskwalifikacja Piotra Żyły w związku z nieprzepisowym kombinezonem. Polak nie został dopuszczony do pierwszej próby, jednak dzięki świetnym wynikom kolegów z drużyny udało zakwalifikować się do drugiej serii. Finalnie Polska zakończyła zawody na 6. pozycji. Stoch w drugiej serii skoczył na imponujące 138 metrów i uzyskał najwyższą notę w drużynie. Natomiast Żyła po konkursie przyznał w wywiadzie, że w drugiej serii oddał skok w tym samym kombinezonie, za który go w pierwszej zdyskwalifikowano. W niedzielnych zmaganiach skoczek z Zębu ulokował się na 20. pozycji, zaliczając dwa dość nierówne skoki (126 m i 138 m), co doprowadziło do jego spadku w generalce o 3 pozycje.

Pierwszy grudniowy weekend skoczkowie spędzili w mroźnej Rosji. Skocznia Aist (HS134) w Niżnym Tagile została podczas sobotniego konkursu dobitnie wypróbowana, dzieki czemu dwukrotne pobito jej rekord. W I serii na odległość 141 metrów poszybował Daniel Andre-Tande, odbierając zaszczytne osiągnięcie koledze z drużyny. Johann Andre Forfang jednak nie dał za wygraną i już w II serii doleciał do 141,5 metra, odzyskując zasłużony tytuł. Zwycięzcą został jednak Richard Freitag i przejął dzięki temu żółty plastron. W niedzielę uplasował się na 2. stopniu podium, tuż za Andreasem Wellingerem i umocnił na pozycji lidera. Kamil Stoch ponownie przesunął się w dół w klasyfikacji generalnej, lądując na 6. pozycji. A to za sprawą skoków, ponieważ w obu konkursach indywidualnych nie zapewniły mu miejsca w pierwszej dziesiątce (15. i 12. pozycja).
Czwarty weekend sezonu przeniósł się do niemieckiego Titisee-Neustadt. Na skoczni Hochfirstschanze (HS142) warunki armosferyczne dały o sobie znać. Szczególnie wiatr utrudniał rywalizację, zmuszając organizatorów do przełożenia kwalifikacji z piątku na sobotę. W czołówce pierwszej dziesiątki znalazło się wtedy aż pięciu Polaków! Stoch zajął 5. miejsce. W konkursie drużynowym los dopisał polskiej reprezentacji. Pozostając w tym samym składzie zajęli 2. miejsce, tracąc do Norwegów zaledwie 0,8 punktu. Stoch był ważnym filarem ekipy – w pierwszej serii uzyskał najwyższą notę za skok i drugą najdłuższą odległość. Trzecie miejsce przypadło Niemcom. W niedzielę warunki pogorszyły się uzupełniając nieokiełznany wiatr o opady deszczu. To sprawiło, że konkurs indywidualny ograniczono tylko do jednej serii. Wygrał go Richard Freitag, co pomogło mu zdobyć jeszcze większą przewagę w klasyfikacji generalnej. Stoch zajął 6. miejsce i utrzymał tą samą pozycję.
Finalnie, zbliżamy się do końca podsumowań. Ostatni weekend przed historycznym konkursem w Oberstdorfie odbył w w szwajcarskim Engelbergu. Na Gross-Titlis-Schanze (HS140) pierwsze kwalifikacje wygrał Stefan Kraft. W pierwszej dziesiątce znalazło się aż trzech Polaków, jednak nie należał do nich Kamil Stoch. Skoczek z Zębu zajął dopiero 37. pozycję. Mimo to, rozgrywka w konkursie potoczyła się dla niego zupełnie inaczej. W sobotnim konkursie Stoch stanął na najniższym stopniu podium. Przed nim znaleźli się tylko Fannemel i Freitag. W niedzielnych kwalifikacjach Polak wygrał, a w finalnym rozrachunku musiał ustąpić jedynie Freitagowi.
Pierwszy przystanek turnieju
66. Turniej Czterech Skoczni rozpoczął się 29 grudnia 2017. Na tym etapie najwięcej punktów w klasyfikacji generalnej zgromadził Freitag (550), a drugi Wellinger tracił do niego 151 punktów. Dalej był Daniel Andre-Tande, ze stratą 194 punktów. Czwarte miejsce po świetnej dyspozycji w weekend poprzedzający początek imprezy obejmował Kamil Stoch z 323 punktami na koncie.
Oberstdorf posiada w swojej ofercie kompleks aż pięciu skoczni. Jedną z nich jest Schattenbergschanze (HS137), na której co roku rozpoczyna się pierwszy etap walki o złotego orła. Od 66. edycji Turnieju Czterech Skoczni, zgodnie z nowymi zasadami Pucharu Świata, wszyscy zgłoszeni zawodnicy musieli wystartować w kwalifikacjach i zająć miejsce wśród 50. najlepszych, by zakwalifikować się do głównego konkursu. Wcześniej czołowa dziesiątka klasyfikacji generalnej miała automatyczny awans do pierwszej serii. Zmiana została podjęta w celu podniesienia rangi kwalifikacji oraz uatrakcyjnienia rywalizacji kibicom.
Tak jak w przypadku Engelbergu, także niemiecka lokalizacja otrzymała w prezencie postświątecznym niecodziennie warunki pogodowe. W sobotnich kwalifikacjach niestabilny wiatr nikogo nie oszczędzał. W trakcie rywalizację często przerywano, co również przełożyło się na nastroje i wyniki uczestników. Taku Takeuchi zaliczył upadek tuż po lądowaniu, a jego narty poszybowały niemal na dopingujących zza baneru kibiców. Na szczęście, upadek był niegroźny, a sam Japończyk zdołał prześlizgnąć się do konkursu z 49. pozycji.
Zwycięzcą został Richard Freitag, a za nim znaleźli się Junshiro Kobayashi i Stefan Kraft. Niemiec i Austriak królowali wśród zakładów bukmacherskich, ale również komentatorzy powoływali się na ich nazwiska najczęściej mówiąc o domniemanym triumfatorze. Stoch również był wysoko, jednak jego występ w kwalifikacjach (28. pozycja) nie napawał ogromnym optymizmem. Wielu nie dowierzało również, aby Polak był w stanie wygrać turniej dwa razy z rzędu. Nie zdołał przecież nawet stanąć na najwyższym stopniu podium w sezonie 2017/2018. Reszta drużyny trzymała stabilny poziom – Kubacki zajął 6. pozycję, a Hula, Żyła i Kot załapali się do „trzydziestki”. Jakub Wolny musiał pożegnać się z pierwszym etapem, gdyż zajął nieszczęsne 51. miejsce.
ZOBACZ TEŻ: KAMIL STOCH: PRZEŻYJMY TO JESZCZE RAZ! – W DRUŻYNIE SIŁA (KLINGENTHAL 2016)
Historyczna sobota
W dniu konkursu, 30 grudnia, prognozy zapowiadały się jeszcze gorzej. Do uporczywego wiatru miały dołączyć opady i ogólna odwilż. Rywalizacja stała się wyzwaniem nawet dla najbardziej doświadczonych skoczków. Po pierwszej serii na prowadzenie wyszedł Stefan Kraft wygrywając swoją parę z Martinem Hammanem. Austriak odleciał najdalej, bo aż na 132 metr i zapowiadało się, że zdominuje cały konkurs. Tuż za nim znalazł się Richard Freitag, który wyeliminował jedynego Kanadyjczyka, Mackenzie Boyd-Clowesa.
Niespodziewanie, trzecie miejsce objął Dawid Kubacki (126.5 m), a zaraz za nim Kamil Stoch (126 m), którego rywalem był Manuel Fettner. W pierwszej dziesiątce znalazło się jeszcze dwóch Polaków – Stefan Hula (123 m) był siódmy, a Żyła (127.5 m) dziewiąty. Każdy z naszych wygrał w swojej parze, więc w finale znalazło się ich aż pięciu! Widać było, że treningi pod czujnym okiem Stefana Horngachera przyniosły oczekiwane efekty. Nie wszyscy byli jednak w stanie wytrzymać trudne warunki. Peter Prevc, zeszłoroczny zwycięzca Kryształowej Kuli zakończył zmagania na 41. miejscu.
Emocje sięgały zenitu, gdy po kolei na belce zasiadali kolejni zawodnicy. Druga seria, równie nieobliczalna, co pierwsza, ogrzewała kibiców, mimo nieprzyjemnych warunków atmosferycznych. I kiedy zbliżaliśmy się już do kulminacyjnego punktu – czołowej trójki – na belce zasiadł on. Kamil Stoch. Mimo nerwów, które targały niejednym zawodnikiem, on usiadł i czekał na znak od trenera, wykazując się przy tym wyjątkowym spokojem. Po chwili odbił się, wyczuwając idealny moment i poszybował. Poza granice wyobraźni. Jako jedyny w konkursie przekroczył wtedy 130 metrów, a osiągnął dokładnie 137 metrów. Nikt w tym dniu nie był w stanie choćby się zbliżyć do takiego wyniku. I takim oto sposobem, pierwszy raz reprezentant Polski podbił Oberstdorf, otwierając serię, którą ciężko było zatrzymać.

Na podium znalazł się rownież Dawid Kubacki (który notabene zdobył wtedy swoje pierwsze podium). Polaków rozdzielił jedynie ówczesny lider klasyfikacji generalnej, Freitag. Jednak był to konkurs na miarę historii, która może już nigdy się nie powtórzyć. W pierwszej dziesiątce, a dokładnie na 5. pozycji ulokował się Stefan Hula. Piękne to było podium, a jeszcze piękniejsze były wydarzenia, które nastąpił w ciągu kolejnych dni. Ale dalsza część Turnieju Czterech Skoczni to już historia na inny artykuł.
Na zakończenie zapraszamy na nasze media społecznościowe – Facebook, Instagram, TikTok oraz Twitter.
Ponadto zachęcamy również do wsparcia naszej strony za pośrednictwem Suppi.
Źródło: informacja własna, fis-ski.com
